Moment, jaki lipiec? Gdzie się podział styczeń?!
Tak moglibyśmy podsumować ostatnich sześć miesięcy, ale jeśli nas znacie, to wiecie zapewne, że nie umiemy w krótkie, zwięzłe formy, więc będzie długo, tym bardziej, że podsumowujemy całe pół roku…
Zaraz, zaraz, jakie pół roku? A gdzie podsumowanie pierwszego kwartału?
Jak wiecie, staramy się na tej stronie publikować teksty głęboko przemyślane, analizowane kilkukrotnie i zgodne z naszą energią. Dlatego właśnie czasem długo czekacie na Zapytaj Niewidomego (Spokojnie, pojawi się, gdy będzie odpowiednio przygotowane!) i inne artykuły.
Po napisaniu podsumowania pierwszego kwartału kilka razy przyglądaliśmy się całą trójką temu tekstowi. Próbowaliśmy go redagować i poprawiać, tak by pasował do naszego „flow” i… zonk. No nie dało się. Nie dało się i już. I to wcale nie dlatego, że nic się w tamtym kwartale nie działo, wręcz przeciwnie! Po prostu napisanie tego tekstu (według nas nie nadającego się do publikacji) wyzuło nas z resztek weny i kreatywności na tamten moment. W jej ładowaniu zdecydowanie nie pomógł fakt, że świętowaliśmy (pracowicie, jak zawsze) nasze pięciolecie, wrzucając do sklepu nowe premiery i, tak przy okazji, robiąc całkowity redesign prawie wszystkiego. I gdy ponownie ją zebraliśmy, to nagle okazało się, że już jest połowa maja. Tak trochę bez sensu publikować podsumowanie za pierwszy kwartał w czerwcu, prawda? Dlatego, wyjątkowo, zdecydowaliśmy się na podsumowanie całego półrocza. Mamy nadzieję, że dla Was oznacza to tylko większą podaż miłej lektury. 🙂
Co robiliśmy w tym półroczu?
- Postawiliśmy zupełnie nową stronę internetową;
- odświeżyliśmy sklep;
- Kraków był u nas, a my w Krakowie;
- zawitaliśmy na Pomorze Zachodnie – do muzeum i do szkoły;
- dorobiliśmy się nowej drukarki i awarii innej, która spowodowała niemal palpitacje serca;
- ponownie wzięliśmy udział w SMRRF!
Urodziny Prowadnicy
Wspominanie tego półrocza zaczniemy nieco od środka, bo, przede wszystkim, 8 kwietnia Prowadnica skończyła 5 lat!
Tak, to już pięć lat mieszamy w tygielku dostępności i staramy się pokazać, że dostępność może być trochę bardziej przystępna i naprawdę dla wszystkich. Tym zabawniej czytać te wszystkie prognozy, że „rozpadniemy się jak domek z kart maksymalnie po roku”. I tak co roku. 😉 Tak, jest ciężko, ale na razie dajemy radę!
Jak zawsze podkreślamy, nie działamy sami. Czasem zarzuca się Prowadnicy, że gardzi pomocą i że odwodzi niewidomych od jej szukania, a to nie jest prawda. Ponieważ tak wiele zawdzięczamy tak wielu osobom, będziemy o tym pisać ustawicznie, nawet jeśli czytelnikom będzie się nudzić – w tym aspekcie nie idziemy na kompromis, przykro nam. 🙂 Gdyby nie nasi wspaniali operatorzy drukarek 3D, nasza farma załamałaby się przy pierwszym większym zleceniu, a gdyby nie wspaniali wolontariusze towarzyszący nam w czasie targów czy konferencji, poleglibyśmy już na pierwszym takim wydarzeniu. No i gdyby nie Wy – gdyby nie wszystkie osoby czytające, wspierające nas materialnie, swoim doświadczeniem czy choćby dobrym słowem w odpowiednim momencie, dawno stracilibyśmy motywację, żeby wciąż próbować iść naprzód. Ba, nawet gdyby nie ogromna pomoc wolontariuszki, nie moglibyśmy napisać o tym, o czym poniżej!
Bo tak ważne rocznice należy odpowiednio uczcić, dlatego specjalnie na tę okazję przygotowaliśmy kilka nowości. Sukcesywnie przedstawialiśmy je w naszych mediach społecznościowych pod hashtagiem #TydzieńPięciolecia. Tydzień co prawda znacznie nam się przedłużył, bo premier wypuściliśmy aż 14, no ale jak świętować, to na całego! A tutaj możecie przeczytać artykuł urodzinowy, w którym opisujemy każdą z premier. I jeszcze raz ogromne podziękowania dla wolontariuszki Violetty. Gdyby nie Ty, prawdopodobnie nadal robilibyśmy te zdjęcia. 😉
Strona i sklep
Szczerze mówiąc, o tym, że stronę internetową warto byłoby nieco poprawić, słyszeliśmy niemal od początku istnienia Prowadnicy. Sami też zdawaliśmy sobie sprawę, że jej odświeżenie powinno nastąpić w raczej bliższej niż dalszej przyszłości.
Z czasem głosy naszych widzących przyjaciół stawały się coraz bardziej natarczywe, ale prozaiczny brak finansów i mocy przerobowych skutecznie zniechęcały nas do zajęcia się tą sprawą.
Aż w końcu, wręcz przyciśnięci do muru, powiedzieliśmy „dość”. Zwłaszcza że poprzednia próba współpracy z profesjonalistami w branży skończyła się spektakularnym fiaskiem. 🙁
O pomoc poprosiliśmy naszego grafika. A musicie wiedzieć, że jeśli chodzi o wszelkie kwestie estetyczne, to nasz grafik po prostu nie bierze jeńców.
W formularzu przeczytaliśmy między innymi, żebyśmy zapamiętali adres firmy, z którą współpracowaliśmy, bo rzadko się zdarza, aby zewnętrzna firma tak dobrze wpisała się w identyfikację wizualną organizacji, dla której tworzy stronę. Cóż, dla nas i frontend, i ogólnie całą identyfikację wizualną tworzy jedna osoba – w dodatku taka, dla której absolutnie wszystko, absolutnie każdy piksel na ekranie ma znaczenie.
Nasz grafik nie jest programistą. Prawdę mówiąc, zanim nie zaczął z nami współpracować, nie miał w ogóle do czynienia z WordPressem ani, co zabawne, z grafikami, ale to już zupełnie inna historia.
Do pracy programistycznej zabrał się więc Dawid.
Duet idealny: grafik z, eufemistycznie rzecz ujmując, lekką skłonnością do perfekcjonizmu oraz niewidomy od urodzenia (to ważne w tym przypadku) programista. Jaki jest efekt ich pracy? Przeszło tysiąc linii ręcznie dopisanego, autorskiego kodu CSS (miękkich cieni, zaokrągleń, gradientów i formatowań), dziesiątki wzorców, klas, skryptów JS i… same nie wiemy prawdę mówiąc czego! Pomyślcie, że Dawid też nie wiedział i nasz grafik musiał mu dokładnie opisać, czego właściwie (nie) chce.
W tym czasie Monika na bieżąco i bez zbędnych pytań redagowała nowe teksty „na wczoraj”, a Julita donosiła kolejne butelki Coli, dbała o aprowizację i koło północy rozpędzała towarzystwo, twierdząc, że jednak wyspać się czasem trzeba. 😀 Jednak, mimo wszystko, Dawid i grafik odwalili lwią część tej roboty. Chłopaki, jesteśmy pełne podziwu!
Tworzenie tej nowej odsłony było też dla nas wszystkich podróżą w czasie wysoce sentymentalną – a my jesteśmy sentymentalni. Bo kiedy nasza pierwsza strona debiutowała w sieci, byliśmy zupełnie inną organizacją. Nie mieliśmy bladego pojęcia, że będziemy zajmować się drukiem 3D (a tym bardziej, że będzie to nasz projekt flagowy), nie istniał jeszcze projekt #ZapytajNiewidomego, a wspaniała społeczność wokół Prowadnicy nawet nie zaczęła ostrożnie kiełkować.
– Jak chcieliby Państwo, żeby prezentowała się Państwa strona? Jaki macie zamysł wizualny?
– Hmmm… No… Kontakt na samym końcu listy, wcześniej linki X, Y, Z… No nie wiemy, ładnie ma być.
– A macie księgę logotypów? Jakiś design code?…
– Że co proszę?
– Ok… dobrze… jesteśmy w stanie z tym pracować – odpowiedzieli przemili państwo, którzy nam pierwszą stronę budowali.
Gdy po tak długim czasie zaczęliśmy przenosić archiwalne treści, ze zdumieniem odkryliśmy, że blisko 90% z nich trzeba napisać od zera. Nasza fundacyjna tożsamość tak bardzo ewoluowała, że stare teksty brzmiały może i uroczo (przynajmniej dla nas, bo pamiętamy, gdy powstawały), ale zupełnie nieadekwatnie do dzisiejszej skali działań.
A jak już tak zaczęliśmy odświeżać, to pomyśleliśmy: a co tam, przeorganizujemy też sklep… OK, nie, to nie do końca tak było.
Do tej pory bowiem z ogromnym powodzeniem korzystaliśmy z usług zewnętrznej platformy SaaS. Działało to akceptowalnie, ale zewnętrzna infrastruktura to zawsze miecz obosieczny – brak stuprocentowej, technicznej kontroli nad własnym podwórkiem i, co tu dużo ukrywać, bolesne, comiesięczne koszty abonamentowe, które postanowiły wzrosnąć o 200% w pół roku. Za tę nową cenę bylibyśmy w stanie w 3 miesiące kupić nową drukarkę!
Postanowiliśmy raz na zawsze odciąć tę pępowinę. Przeprowadziliśmy wielką, logistyczną migrację na nasz własny serwer, stawiając e-commerce w oparciu o popularne rozwiązanie WooCommerce. Większa odpowiedzialność, ale też pełna wolność i własne zasady! A także… konieczność zrobienia nowych zdjęć. Tu nie trzeba pisać nic więcej. Zdjęcia, które jeszcze kilka lat temu wydawały nam się całkiem przyzwoite lub przynajmniej akceptowalne, z biegiem czasu stały się niemal kulą u nogi i wymagały szybkiej unifikacji.
Błyskawicznie (przynajmniej jak na nas) zamieniliśmy więc prywatny salon w niesamowitą, bardzo stacjonarną wersję targów druku 3D połączoną ze studiem produkcyjnym. Na kanapie, komodzie, stole (i podłodze) wylądowały niemal wszystkie nasze pomoce edukacyjne, gry planszowe i akcesoria.
Grafik dwoił się i troił, zaklinając słońce do współpracy, by złapać „ten jeden, idealny, niepowtarzalny profil” naszych modeli, a my, wstrzymując oddech, staraliśmy się… nie przeszkadzać. Operacja ta była długa, wyczerpująca, ale zakończyła się absolutnym, niekwestionowanym sukcesem. Mamy nowe zdjęcia!
I wiecie co?
W dwa miesiące po tej unifikacji zmieniliśmy naczelny mebel do robienia zdjęć! Znowu tło poszło sobie papa.
Nasze tabliczki w PZN-ie

## Nasze tabliczki w PZN-ie
Niełatwo było doprowadzić do tego spotkania, ale wreszcie się udało. 🙂 17 marca mieliśmy okazję spotkać się z pracowniczkami działu tyflologii Polskiego Związku Niewidomych w Warszawie.
To, co najistotniejsze w czasie takich spotkań, to oczywiście możliwość wzajemnej wymiany doświadczeń, nie tylko jeśli chodzi o nasze tabliczki, które już służą niewidomym beneficjentom, ale o całokształt naszej pracy. Z dumą zaprezentowaliśmy więc wszystko, co udało nam się przynieść, żałując jak zawsze, że plecaki mają tak małą pojemność. My natomiast z zaciekawieniem obejrzeliśmy powstały wewspółpracy z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych brajlowski kalendarz na 2026 rok.
Wizyta w laskowskim przedszkolu
Część z premier, które zaprezentowaliśmy w kwietniu, powstała z inspiracji lub wręcz na prośbę nauczycielek z przedszkola w Laskach. I choć niestety nie udało nam się spotkać na etapie ich powstawania, przez co były one intensywnie testowane przez uczniów z Krakowa, to nadszedł w końcu czas, aby (prawie) wszystko, co stworzyliśmy, pokazać także w przedszkolu w Laskach.
Było to nieodmiennie bardzo miłe spotkanie, w czasie którego mogliśmy usłyszeć kilka krytycznych, bardzo cennych uwag odnośnie naszych pomocy, ale również, co ważniejsze, zobaczyć, jak bardzo sprawdzają się w praktyce i jak wiele radości mogą sprawić tym, dla których wszystkie je tworzymy, czyli dzieciom. Każdy nauczyciel pracuje nieco inaczej, każde dziecko – a ze szczególnymi potrzebami zwłaszcza – potrzebuje nieco innego podejścia, dlatego z przyjemnością patrzyliśmy, na jak wiele różnych sposobów można wykorzystać tak z pozoru proste pomoce. Głęboko wierzymy, że nasza praca ma sens, ale w takich chwilach, w chwilach, kiedy możemy zobaczyć dzieci w akcji, po prostu to wiemy i jesteśmy tego pewni.
Dziękujemy za tak ciepłe przyjęcie siostrze Hiacyncie, dyrektorce przedszkola, nauczycielkom oraz przedszkolakom. Dziękujemy i już nie możemy doczekać się następnego spotkania.
Kraków w Warszawie
„Czy tym razem też będzie o pobycie w Krakowie?” – to pytanie możecie sobie zadać przy czytaniu praktycznie każdego naszego podsumowania, ale… nie dziś.
Nasza wspaniała Agata oraz jej córka – a zarazem nasza wolontariuszka – Kinga, wsiadły w pociąg i po prostu złożyły nam oficjalną wizytę w Warszawie. To wydarzenie było dla nas niezwykle cenne. Prowadzimy przecież stałą współpracę z dziesiątkami osób, a setki naszych wydruków nieustannie wędrują w najdalsze zakątki Polski (i nie tylko). A jednak, z racji tego, że to my zwykle jesteśmy w drodze, większość ludzi nigdy w życiu nie widziała naszej bazy operacyjnej „od kuchni.” Nasi goście zazwyczaj nie słyszą hipnotyzującego szumu pracujących maszyn i nie czują zapachu topionego plastiku.
Wizyta Agaty i Kingi w naszych skromnych progach była niesamowicie owocna i pełna twórczej energii. Siedząc nad pracującymi drukarkami, jedząc przywiezione przez Agatę orzeszki oraz przygotowaną na szybko przez Monikę i Julitę babkę czekoladową, dosłownie „w locie” zaprojektowaliśmy od razu kilka zupełnie nowych pomocy edukacyjnych. Ale najpotężniejszym i najdłuższym punktem tego spotkania była nasza wielka, wielogodzinna, niezwykle poważna debata… o kolorystyce.
Pisaliśmy o tym już wielokrotnie i pewnie jeszcze nie raz napiszemy. Z powodu tego, że sami nie widzimy, musimy polegać na wskazówkach osób widzących w doborze kolorów elementów naszych wydruków. Dodając do tego, że chcemy różnicować barwy, by nasze produkty nie wyglądały nudno, szaro i powtarzalnie, mierzymy się z dziesiątkami (często sprzecznych) opinii. No więc zaczerpnęliśmy kolejne do kolekcji.
Efektem tej burzy mózgów stał się niesamowicie długi, zagmatwany dokument, pełen wariantów. Bardzo, bardzo wielu wariantów.
Warto tu także dodać, że owa debata wpisała się idealnie w czas szlifowania całej serii absolutnych nowości, które hucznie wypuściliśmy na świat z okazji piątych urodzin Fundacji – wiele z ostatecznie wybranych kolorów zasugerowały nam właśnie dziewczyny w trakcie tego spotkania. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, koniecznie nadróbcie urodzinowy artykuł!
No dobra, żartowaliśmy, że nie będzie o pobycie w Krakowie. 🙂 Pojechaliśmy tam, aby spotkać się z Karoliną – autorką Niewidzialnej Wyspy, z którą pracujemy nad kolejnym wielkim projektem. Na razie nie jesteśmy w stanie powiedzieć nic więcej, ale, musicie nam uwierzyć, może być ciekawie. 🙂
OK, trochę jednak zdradzimy. Będzie górzyście. I legendarnie. 🙂
SMRRF 2026: fundacyjnoniebieskie Smerfy podbijają Wyspy (i walczą z systemem)

Nie bylibyśmy sobą – organizacją z krwi, kości i topionego plastiku – gdybyśmy kolejny raz nie spakowali walizek do granic wytrzymałości zamków błyskawicznych i nie ruszyli do Wielkiej Brytanii. Celem naszej wyprawy był oczywiście The Sanjay Mortimer Rep-Rap Festival. Dla niewtajemniczonych: to absolutnie kultowe, międzynarodowe święto twórców i pasjonatów druku 3D, które w naszych wewnętrznych kręgach doczekało się pieszczotliwej nazwy „Smerf.” To była trzecia edycja konferencji, a zarazem trzecia, na której byliśmy w stałym już składzie: Dawid i Julita. SMRRF odbywał się w Manchesterze, podobnie jak w zeszłym roku, ale w zupełnie innym i naszym zdaniem o wiele lepiej dostosowanym dla tak dużego wydarzenia budynku.
Wszystko zaczęło się od logistyki, a dokładniej – od walizki. Nasz ubiegłoroczny, mocno partyzancki patent polegający na pakowaniu wielkiego banera (roll-upa) w pokrowiec od deski SUP ostatecznie poległ w starciu z brytyjską rzeczywistością. W tym roku nasz niezawodny wolontariusz, Kamil, przekopał odmęty Internetu i tak oto fundacja zyskała walizkę do przewożenia… lamp fotograficznych. Mierzona w osi Z była tak wysoka, że spokojnie pomieściła nasz baner, ale kosztem braku miejsca w osiach X i Y. W efekcie baner leciał bezpiecznie, za to my musieliśmy tradycyjnie dopłacać za kolejne bagaże rejestrowane, by w ogóle zmieścić ciuchy i nasze modele.
Na sam lot spuśćmy zasłonę milczenia (legendarna linia lotnicza dała nam mocno w kość), ale prawdziwe kino akcji zaczęło się dopiero w pociągu z Manchesteru. Zmęczeni, głodni, z ulgą opadliśmy na SZEROKIE, WYGODNE siedzenia, gdy nagle, w szczerym polu między stacjami, miły, zautomatyzowany głos z głośników zakomunikował, że pociąg na następnej stacji kończy swoją trasę, dalej nie pojedzie i bardzo dziękuje za wspólną podróż. Panika na pokładzie osiągnęła zenit! Dorwaliśmy przerażonego kierownika pociągu, który zbladł jeszcze bardziej niż my i zaczął gorączkowo wydzwaniać do centrali z pytaniem, czy jego kurs właśnie został odwołany i dlaczego on nic nie wie. Okazało się, że… nie. Maszyna po prostu postanowiła zaszaleć – był to zwykły błąd systemu zapowiedzi audiowizualnych. Do końca wyjazdu żartowaliśmy, że jeden z naszych wolontariuszy, zamiast do toalety, wszedł do maszynowni i wcisnął zły guzik. Odetchnęliśmy z ulgą. My zawsze mamy z tymi angielskimi tramwajami i pociągami ciekawe przygody! 🙂
A co działo się na samych targach? SMRRF to zawsze zderzenie z inżynieryjnym szaleństwem. Szczególnie w pamięć zapadły nam dwie rzeczy. Pierwsza to pracownik firmy Prusa, który radośnie przemykał po halach ze zdalnie sterowaną szpulą filamentu na kółeczkach. Kiedy Julita zapytała o głębszy sens i cel tego wynalazku, usłyszała od Dawida po prostu, że się nie zna i nie rozumie sztuki dla sztuki. Druga sprawa to uczestnik, który spacerował po targach z w pełni działającą, pracującą drukarką 3D przypiętą do pleców! Szczyt mobilności. Kto wie, może za rok zobaczycie ekipę Prowadnicy drukującą wam pomoce edukacyjne w biegu przez miasto? Na szpilkach? A co!
Niesamowitym smaczkiem był też branżowy quiz, w którym padło pytanie o to, w czym wysyłano pierwsze komponenty Prusy. Okazało się, że wielki gigant technologiczny zaczynał od… pudełek po pizzy! Od razu poczuliśmy się lepiej! Skoro oni mogli wysyłać sprzęt w kartonach po Marghericie, to wy, drodzy czytelnicy, nie powinniście się dziwić, gdy Wasze zamówienia z Prowadnicy przychodzą w pudełkach po filamentach czy butach. Ekologia i kreatywność przede wszystkim!
Na targach nie byliśmy jednak tylko biernymi obserwatorami. Nasze stoisko pękało w szwach, a my po raz kolejny staliśmy się edukatorami. Tłumaczyliśmy zafascynowanym brytyjskim inżynierom, dlaczego poziomo wydrukowany brajl, choć wizualnie idealny, pod palcem osoby niewidomej przypomina tępą tarkę do sera. Rozmawialiśmy o wysokościach warstw, ścieralności filamentów i fizyce dotyku. Rozegraliśmy, a jakże, kilka partyjek i odbyliśmy serię fascynujących spotkań z innymi wystawcami znanymi nam jeszcze z poprzednich edycji, wzajemnie obserwując i doceniając swoje postępy w ciągu ostatniego roku.
Wyjazd ten dostarczył nam jednak także potężnych lekcji o dostępności – i to niestety tych bolesnych. Liczyliśmy na wielki networking podczas wieczornego „after party”, na które zabraliśmy Rafała – naszego asa w rękawie od kontaktów międzyludzkich. Niestety, impreza odbywała się w niezbyt wielkiej na liczbę uczestników restauracji. Hałas, jaki tam panował, był absolutnie ogłuszający. Po godzinie nie słyszeliśmy własnych myśli.
Dla osób niewidomych taki poziom hałasu, zwłaszcza po ośmiogodzinnym staniu przy stoisku i konferowaniu po angielsku, to bariera nie do przeskoczenia. Nie możemy wspomagać się czytaniem z ruchu warg ani gestykulacją. Jesteśmy całkowicie odcięci od komunikacji. Siedzieliśmy przy swoim stoliku, fizycznie zablokowani akustyczną ścianą, co ostatecznie sprawiło, że z networkingu wyszły nici.
Pominąwszy jednak tę trudność, SMRRF kolejny już raz okazał się ważnym punktem w naszym kalendarzu, pozwalając na wymianę doświadczeń, zapoznanie się z nowinkami i dziesiątkami entuzjastów druku 3D działających w innych branżach.
Rafał i Kamil, bardzo dziękujemy za pomoc podczas wyjazdu! A firmie E3D kolejny raz dziękujemy za zaproszenie.
Zawitaliśmy na Pomorze Zachodnie

Bywamy tam rzadko, dlatego cieszymy się ogromnie, że w minionym półroczu pojawiliśmy się tam aż dwukrotnie.
Po pierwsze, odwiedziliśmy naszych przyjaciół z Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Stargardzie. Bo, tak przy okazji projektowania innych rzeczy, udało nam się „machnąć” gigantyczną Basteję oraz stargardzki rynek. Dobra, nie konkretnie nam, tylko Justynie, naszej projektantce w Blenderze. 🙂 Z radością przekazaliśmy im oba modele. Wiemy, że trafiły w dobre ręce i na pewno będą wykorzystywane, a to przecież jest najważniejsze.
A po muzeum przyszedł czas na szkołę. Nie, nie wróciliśmy się uczyć (Chociaż, w sumie)?… W czerwcu mieliśmy okazję zaprezentować nasze modele nauczycielce, tyflopedagożce i instruktorce orientacji przestrzennej z Liceum Ogólnokształcącego z Oddziałami Integracyjnymi w Szczecinie.
Często piszemy o otwartości. Równie często jednak sami przyłapujemy się na specyficznie wąskim spojrzeniu na nasze wydruki. Bo kto powiedział, że coś, co pierwotnie powstało dla dzieci z podstawówki, nie przyda się licealistom albo nawet dorosłym? Monika wciąż jest dumna, że potrafi ułożyć sudoku 2×2, a liceum dawno ma za sobą. 😀
Dziękujemy za to przemiłe spotkanie i, jak zwykle, liczymy na następne. 🙂
Komiks dla niewidomych
Przez te wszystkie intensywne lata działalności wydawało nam się nieskromnie, że w kwestii dostępności niewiele rzeczy jest nas w stanie naprawdę mocno zaskoczyć. Aż tu pewnego dnia drzwi (te wirtualne) otworzyły się z hukiem, a Fundacja Instytut Re-Integracji Społecznej (IRIS) rzuciła nam wyzwanie:
„A co powiecie na… zupełnie autorski komiks dla niewidomych?”.
Komiks…? Przecież to medium, które w stu procentach opiera się na wizualnej dynamice, ułożeniu kadrów, liniach oznaczających prędkość i wybuchowych, krzykliwych onomatopejach, takich jak klasyczne „KABOOM!” czy „BAM!”. Jak u licha przełożyć tę całkowicie wzrokową sztukę na język zmysłu dotyku, unikając przy tym stworzenia niezrozumiałej, gęstej papki pod palcami czytelnika?
Z misją badawczą pojechała Monika. Ten autorski projekt, realizowany w ramach międzynarodowych warsztatów z programu Erasmus, wymagał iście tytanicznej pracy uczestników. Trzeba było znaleźć idealny złoty środek między szczegółowością rysunku, odpowiednim doborem materiałów (które dają różne faktury) a faktyczną czytelnością dotykową dla osoby niewidomej. Mieliśmy pełną świadomość, że dwudniowe warsztaty to dopiero rozgrzewka – czas, w którym powstaną zaledwie demonstracyjne, eksperymentalne wersje (tzw. proof of concept).
A jednak! Zaangażowanie, upór i otwarte głowy uczestników z najróżniejszych krajów zaowocowały pierwszymi prototypami, które przerosły nasze najśmielsze oczekiwania. Efekty tej burzy mózgów były nie tylko estetyczne, ale też dużo bardziej czytelne, niż początkowo zakładał to nasz wewnętrzny, chłodny, inżynierski pesymizm. I, jasne, nie wszystko było dla nas oczywiste. Kiedy Monika i towarzyszący jej grafik relacjonowali Julicie i Dawidowi drugi dzień warsztatów, podkreślali, że każdą uwagę co do (nie)czytelności rysunków wygłaszali z coraz większymi wyrzutami sumienia, bo choć obrazki piękne, to uwag mieli sporo. Mimo to wróciliśmy z tych warsztatów naładowani tak gigantyczną dozą inspiracji, że aż strach pomyśleć, na jakie tyflograficzne formy sztuki porwiemy się w następnej kolejności.
Krótkie spięcie, czyli co tam u naszych drukarek?
Mamy dla Was dwie wiadomości – dobrą i złą.
Z racji tego, że to podsumowanie, nie możemy dać Wam komfortu wyboru, którą z nich chcecie usłyszeć najpierw. Powiemy więc tylko, że dobra jest taka, że mamy kolejną drukarkę – Core One L, którą ochrzciliśmy imieniem Oliwia.
Jesteśmy zobowiązani podziękować Wam za wszystkie wpisy dotyczące rozpoczęcia przez Prusę sprzedaży toolchangera, czyli, dla niewtajemniczonych, narzędzia pozwalającego na zmianę kolorów filamentu w trakcie druku. Poważnie rozważamy jego zakup, nie jest to jednak dla nas taki gamechanger, jak mogłoby się wydawać. Bo choć oczywiście możliwość prototypowania kolorowych modeli bardzo by nam się przydała, to jednak toolchanger ogranicza pole robocze drukarki na tyle, że wstrzymamy się jeszcze z jego zakupem.
Ale to nie była ta zła wiadomość, o której pisaliśmy na początku tej sekcji. Co może zdziałać naelektryzowany Macbook, ludzkie dłonie oraz odkryta płyta główna drukarki? Nooo, właaaaaśnie! Cóż, bez toolchangera sobie poradzimy, bez płyty głównej w drukarce – nie. A w Core One, naszej Rozalii, dotyk kabla w nieodpowiedniej chwili i wywołane nim krótkie spięcie elektrostatyczne sprawiło, że spaliła się właśnie płyta główna. Zamówiliśmy ją błyskawicznie – tzn. zaraz po tym, gdy Dawid przestał kląć, na czym świat stoi – ale nie ukrywamy, że tak niespodziewany wydatek mocno uderzył nas po fundacyjnej kieszeni. A naprawdę nie mogliśmy pozwolić sobie na przestój w prototypowaniu. Nie mieliśmy wtedy jeszcze Oliwii, Rozalia była więc jedyną drukarką, na której drukowaliśmy nasze kiełkujące dopiero modele. A to było przed Tygodniem Pięciolecia, także rozumiecie. 😉
Nastroju nie poprawił fakt, że choć przesyłka z płytą główną przyszła szybko, to jej wymiana nie miała w sobie nic z prostoty i tempa, z jakim udało nam się niechcący do tej awarii doprowadzić, a precyzją i skomplikowaniem bliżej jej było do operacji na otwartym, wciąż pracującym sercu. Plusy? Po skończonej wymianie Dawid z przekonaniem powiedział, że rozkręcił C1 tak bardzo, że wreszcie może powiedzieć, że zna go od podszewki.
Magia żywicy, tajne archiwum i linijka brajlowska
Kończąc powoli ten artykuł, absolutnie nie możemy pominąć bezpośrednich, osobistych spotkań z ludźmi, które napędzają to wszystko do działania. To pół roku owocowało dla nas w spotkania z rodzicami i z dziećmi, czyli z tymi osobami, dla których staramy się starać najbardziej. To one dają nam siłę, by po walce z kablami znów usiąść do projektowania.
Kiedy trafiają do nas ci najmłodsi, najbardziej dociekliwi odkrywcy, bardzo często wyciągamy obiekty z tak zwanego „tajnego archiwum.” Są to niezwykle skomplikowane i piękne, prototypowe modele, które niestety prawdopodobnie nigdy nie trafią do oficjalnego Sklepu z powodu swoich astronomicznych kosztów i ekstremalnie długiego czasu samej produkcji. Albo zwyczajnie dlatego, że są wykonane pod bardzo konkretne zastosowanie, dla konkretnej instytucji i w rękach osób prywatnych szybko by się znudziły.
Oczywiście realizujemy również wyspecjalizowane zlecenia typowo komercyjne. Kiedy chcemy pokazać specjalnym gościom prawdziwy, powalający na łopatki detal, wyciągamy absolutne perełki stworzone z żywicy: krasnoludy o ciężkich toporach, przerażające gobliny czy figurki ptaków, na których pod palcem czuć każde, najmniejsze pióro.
Na absolutny koniec musimy donieść, że w tym kwartale dziewczyny odkryły w sobie także głęboko ukryte talenty pedagogiczne. Julita, podczas wizyty niezwykle bystrej, zafascynowanej światem dziewczynki, w ułamku sekundy przeistoczyła się z członka zarządu w niezmordowaną nauczycielkę z tendencją do odrobiny tyranii. Młoda dama wprost nie mogła oderwać się od jej monitora brajlowskiego, więc Julita, niewiele myśląc, przeprowadziła dla niej fascynującą, prywatną i w pełni kompleksową powtórkę z ortografii. Rodzice gadali z Dawidem o przyszłości i innych nudziarstwach, a dziewczyny dochodziły do porozumienia w sprawie pisowni słowa „się” i innych takich.
A Monika opowiedziała dzieciom z jednego z przedszkoli w Białogardzie o tym, jak to jest nie widzieć i czy, kiedy się nie widzi, można układać puzzle, oglądać bajki i, co chyba najbardziej fascynujące, robić zdjęcia! Maluchy nie potrzebują żadnych formularzy, aby zadawać nawet najodważniejsze pytania. 😉
I na tym kończymy nasze krótkie sprawozdanie. Pamiętajcie, nowe modele wciąż na Was czekają. <3



