Zima nie odpuszcza, my też nie. Zaskakuje i my też. Chociaż może jednak trochę mniej od niej. 😉
Przyjrzyjmy się więc temu, jak nam minął ostatni kwartał 2025 roku.
- Znowu byliśmy w Krakowie, nie raz;
- Uczestniczyliśmy w aż dwóch wydarzeniach planszówkowych;
- Zostaliśmy nagrodzeni;
- Dorwaliśmy nową drukarkę SLA!
Kraków: Tam i z powrotem (i znowu tam)
Podbój grodu Kraka to proces powolny, acz nieuchronny. W minionym kwartale bywaliśmy tam tak często, że Smok Wawelski zaczął nam kiwać głową na powitanie. Ze znudzeniem. I pierwszy raz celem naszych wizyt nie były tylko konsultacje pomysłów.
Unifest i dostępnościowa zaskoczka
3 października mieliśmy przyjemność wziąć udział w konferencji Unifest. I przeżyliśmy coś, co w psychologii nazywa się dysonansem poznawczym, a w naszym przypadku „podejrzanym komfortem”. Wyobraźcie sobie miejsce, gdzie w podłodze są ścieżki prowadzące, a ludzie wiedzą, co robić. Dostępność była, z naszej perspektywy, tak bezczelnie idealna, że przez chwilę czuliśmy się nieswojo. Organizatorzy co chwilę pytali, czy wszystko gra. Byliśmy oczarowani. Chociaż z drugiej strony na nasze ochy i achy niewidomy uczestnik konferencji odpowiedział, że to wcale nie tak, że dostępność słaba, ktoś nie pomyślał itp. Jak się stoi za stoiskiem, to nie chodzi się tyle, co uczestnicy, może stąd te różnice w opiniach. 😊
Oczywiście nie oznacza to, że zrezygnujemy z pomocy naszych wolontariuszy. Co to, to nie. Wolontariusz to bowiem istota niezbędna w chaosie targowym. Owszem, w idealnym świecie poradzilibyśmy sobie sami, ale w idealnym świecie drukarki 3D nigdy się nie psują, pociągi są punktualne, a Organizacje Pozarządowe nie myślą nad dokumentami, sprawozdaniami i wskaźnikami, tylko po prostu mogą działać.
Posiadanie własnego, zaufanego wolontariusza daje komfort, którego nie zapewni żadna technologia ani żadna obca osoba. Bo czy zapytasz obcego organizatora: „Przepraszam, czy ta koszula mi pasuje?” albo „Czy ufajdałem się ketchupem z jedzonych pośpiesznie frytek z foodtrucka?”, albo „Jak wyglądają ludzie przy stoisku obok?”. Nie. A koleżankę zapytasz.
Ale prawdą jest też, że czasami skorzystanie z pomocy jest niemożliwe, bo akurat wolontariusze nie mają czasu albo wydarzenie jest na tyle małe lub na tyle nagłe, że angażowanie osób trzecich jest utrudnione. I teraz wiemy, że na Unifeście poradzilibyśmy sobie w takiej sytuacji bez problemu, dziękujemy.
Współpraca z wolontariuszami to temat rzeka – a jeśli Was on ciekawi, odsyłamy do naszego artykułu o tym, jak radzimy sobie na targach. Tak, napisaliśmy kilka słów o tym, jak ogarniamy ten cały chaos. Wracając do sedna: praca z wolontariuszem to komfort, którego chyba nic nie zastąpi. Możliwość korzystania z tak przemyślanej dostępności to natomiast luksus w sytuacjach, kiedy musimy radzić sobie sami.
Tutaj nie pozostaje nam nic innego, jak tylko jeszcze raz podziękować organizatorom oraz oczywiście naszym niezastąpionym wolontariuszkom: Uli za pomoc w dotarciu na miejsce oraz rozłożeniu wystawy i Kindze, która dołączyła do nas później. Dzięki, dziewczyny! Kinga, dzięki też za dokarmianie na stoisku, nie trzeba było! 😂❤️
W ramach ciekawostki… zostaliśmy niechcący zaproszeni na własną wystawę. Serio. Poszliśmy, obejrzeliśmy. Całkiem niezła, polecamy.
Dziękujemy też ludziom z metra, którzy pomagali nam w transporcie naszego okrutnego banera. Jego pokrowiec pruł się już od jakiegoś czasu, by ostatecznie dokonać żywota właśnie wtedy. Wierzcie nam, to był dramat, łzy w oczach i niecenzuralne określenia niemal na ustach!
Sensorycznie i na serio
Kraków odwiedziliśmy jeszcze tydzień później, tym razem, by wziąć udział w konferencji „Sensorycznie i na serio”. Konferencja została podzielona na dwie części: teoretyczną i wystawową. Niestety, los i logistyka sprawiły, że nie mogliśmy wysłuchać mądrych słów prelegentów, więc skupiliśmy się na tym, co umiemy najlepiej – staniu i udawaniu, że wyglądamy profesjonalnie przy naszych modelach.
Wadą całego przedsięwzięcia okazała się architektura przestrzeni. Umieszczenie prelegentów i wystawy w jednej, nieszczególnie dużej sali, było odważnym eksperymentem socjologicznym. W efekcie wystawcy musieli szeptać (co jest trudne, gdy chce się zachwalać swoje dzieła), a słowa prelegentów mieszały się z szumem rozmów, tworząc informacyjny chaos. Co więcej, kiedy w programie nadszedł oficjalny czas na zwiedzanie wystawy, wszyscy zdążyli już wszystko zobaczyć i zebrali się do domu. Nie musimy chyba dodawać, że my akurat wtedy, z precyzją szwajcarskiego zegarka, właśnie skończyliśmy się rozkładać.
Niemniej nie był to czas stracony, ponieważ wszystko, co przywieźliśmy, udało nam się bardzo dokładnie pokazać dwóm osobom niewidomym, które miały niepowtarzalną okazję dotknąć chyba każdego modelu. Oczywiście teoretycznie możliwość taka istnieje zawsze, gdy się wystawiamy, z tym że zwykle w czasie intensywnych imprez przy stołach jest tłoczno, a zwiedzającym zwyczajnie brakuje czasu, by dotknąć wszystkiego.
Dziękujemy Kindze (ponownie) oraz Agacie, która do tej pory wielokrotnie konsultowała i wymyślała z nami liczne pomoce, a wreszcie miała okazję pierwszy raz stanąć przy naszym stoisku. 🙂


Festiwal StarFest w Lublinie
Październik był miesiącem, w którym kalendarz próbował nas zabić. STARFEST w Lublinie okazał się maratonem – trwał od piątkowego popołudnia do niedzielnego wieczora. Byliśmy wykończeni. W tym miejscu pragniemy wznieść toast za Rafała, naszego wolontariusza. Nie dość, że nas przywiózł, to jeszcze „ogarniał” rzeczywistość w momentach, gdy nasze zdolności poznawcze ograniczały się do tępego patrzenia w przestrzeń, tylko bez patrzenia.
STARFEST był mniejszy niż katowickie Planszówki w Spodku, ale zmęczył nas bardziej. Dlaczego? Odpowiedź brzmi: decybele.
W Lublinie było po prostu głośno. Bardzo głośno, zwłaszcza w piątek i sobotę. To, że trudno nam było rozmawiać z odwiedzającymi, to jedno – wszyscy wystawcy mieli zresztą ten sam problem. Nam jednak trudno było czasem w ogóle zorientować się, co się dzieje. W niektórych momentach czuliśmy się wręcz jak dzieci we mgle.
Było to męczące, ale niewątpliwie ciekawe doświadczenie. Przede wszystkim mogliśmy sprawdzić, jak (nie) radzimy sobie w tak trudnych warunkach, co samo w sobie stanowi cenną lekcję i zmusza do zastanowienia się nad tym, nad czym musimy jeszcze popracować. O ile w ogóle się da – własnej ślepoty przecież nie przeskoczymy. 🙂 Z drugiej strony, bardziej niż zwykle musieliśmy polegać na wolontariuszu. W Lublinie niekiedy nawet nie przypuszczaliśmy, że ktoś się zbliża. Ba, nie wiedzieliśmy o tym nawet wtedy, kiedy Rafał już z odwiedzającymi rozmawiał.
W miarę możliwości starał się nas angażować, a i my robiliśmy, co w naszej mocy, by nie pozostać na uboczu (ostatecznie nie przez cały czas było głośno). Niemniej pozostała w nas refleksja nad rolą wolontariusza i tym, jak ogromna musi ona czasem być. O ile w Krakowie bez osoby pomagającej moglibyśmy sobie poradzić, o tyle w Lublinie byłoby to po prostu niewykonalne.
A co jeszcze zapadło nam w pamięć?
- Odwiedzający, który spędzał przy naszym stoisku długie godziny, ot tak, żeby pogadać o Hugo, Cyber Mysze itp. Dzięki! 🙂
- Panowie legioniści – byliście po prostu świetni! I głośni. 🙂 Przynajmniej do chwili, kiedy Wam o tym powiedzieliśmy, czym chyba spłoszyliśmy nieco trębacza. Przepraszamy! To nie tak miało wyjść…
- Brygado Star Wars, Was też serdecznie pozdrawiamy; nie chcieliśmy Wam wchodzić do toalety, to jakoś tak samo… Ale Wasze marsze też były głośne, więc uznajmy, że jesteśmy kwita, dobrze?
- Soundtrack i DeLorean z „Back to the Future” – obiecaliśmy sobie solennie, że musimy obejrzeć i… do tej pory tego nie zrobiliśmy!
- Piesek z hotelu – słodki (przynajmniej dla połowy składu, bo Dawid i Monika to kociarze i to jest zbrodnia – komentarz Julity). 😉
- Pierogarnia w Lublinie – pyszna, pozdrawiamy! Uratowała życie dwóm głodomorom.
- Zupa Forszmag, którą tradycyjnie gotowało się z resztek po biesiadzie – też była świetna! Zupa, nie biesiada
STARFEST to ciekawe wydarzenie, na którym miejsce dla siebie znajdą chyba wszyscy ci, którzy nie odnajdują go nigdzie indziej. Sami nie wiemy jeszcze, czy tego typu imprezy – choć klimatyczne i prywatnie bardzo ciekawe – są właściwe dla Prowadnicy. Niemniej ogromnie dziękujemy organizatorom za możliwość wzięcia udziału. I jeszcze raz: Rafał, dzięki za wszystko!

Wawagra
Pozostańmy jeszcze moment w klimacie festiwali, tym razem już stricte planszówkowych. 6 i 7 grudnia prezentowaliśmy się na Wawagrze w – co za zaskoczenie – Warszawie. 🙂
Na co dzień większość z nas urzęduje w stolicy; mogłoby się więc wydawać, że festiwal „na miejscu” to jest to, czego potrzebujemy. Ale… wiecie, jest coś satysfakcjonującego w wyjazdach. I logistycznie są one czasem łatwiejsze. Strasznie narzekamy w tym podsumowaniu, zauważyliście? 😉
Wawagra to kolejne wydarzenie, które uświetniła jedna z naszych drukarek – tym razem Rozalia (Core One), której zwykle nie ruszamy, bo mieszka właśnie w Warszawie. Bardzo dziękujemy naszym wolontariuszom za pomoc w jej transporcie i przepraszamy za wszystkie trudności (jaka ona jest ciężka!).
Dziękujemy też Zosi, która przyjechała do nas aż z południa Polski tuż po zajęciach na uczelni, żeby zostać naszą wolontariuszką. Rwała się do tego od chwili, gdy tylko pomyśleliśmy o udziale w Wawagrze. Tu ogromne ukłony dla organizatorów, że ostatecznie było to możliwe.
Za pomoc dziękujemy również naszemu grafikowi (którego imienia nie można w tych podsumowaniach wymawiać) za to, że robił nam świetne zdjęcia, rozpoczął serię rozgrywek w Niewidzialną Wyspę i odkrył takie ułożenie planszy, przez które od samego początku był na straconej pozycji. 🙂 Dzięki też za prowadzenie nas na kebaba w podziemiach – był całkiem dobry, a biorąc pod uwagę nasz głód, wręcz bardzo dobry!
Stajemy się coraz bardziej rozpoznawalni w świecie planszówek, a w naszym formularzu pojawiają się pytania mające na celu porównanie różnych planszówkowych eventów. Bardzo to dla nas miłe. 🙂 I pozdrawiamy znajomych z Powiśla, z którymi co prawda nie udało się spotkać, ale przez których byliśmy widziani! Dzięki, że nam o tym powiedzieliście, to nie jest takie oczywiste. 🙂
Z kronikarskiego obowiązku musimy też odnotować dwa pytania, które podczas festiwalu padały podejrzanie często. Pierwsze, czysto biznesowe: „Czy drukujecie na zamówienie?”. Tutaj odpowiedź jest prosta i twierdząca – drukujemy, zapraszamy, polecamy się!
Drugie pytanie natomiast wprawiło nas w lekkie osłupienie, a brzmiało: „Czy Julita trenowała balet?”. Dementujemy plotki: baletu nie było, był co najwyżej ruch sceniczny w szkole muzycznej. Nie wiemy, czy to kwestia gracji, czy po prostu umiejętnego stania przy stole i nic nierobienia, ale Julita prosi przekazać, że zrobiło jej się bardzo miło. To chyba najsympatyczniejsza pomyłka, jaka nam się trafiła! 🙂 Ale, w ramach ciekawostki, słyszeliśmy o przynajmniej jednej dziewczynie niewidomej, która nauczyła się tańczyć na pointach.
I, oczywiście, dziękujemy wszystkim graczom – jesteście wspaniali, nawet gdy wygrywacie z nami w nasze własne gry.

Nagroda Bursztynowego Mieczyka
O, jacy my jesteśmy dumni! Podczas uroczystej gali zostaliśmy laureatami Nagrody Głównej Bursztynowego Mieczyka w kategorii pomoc socjalna i usługi społeczne. Jeszcze raz dziękujemy kapitule oraz Fundacji RC za docenienie naszej pracy. To banał, ale Państwa uznanie ogromnie wiele dla nas znaczy.
Podziękowania należą się jednak znacznie wcześniej – za pomoc w nagraniu filmu wyświetlanego podczas gali. Nie bylibyśmy w stanie nakręcić go sami, dlatego tym bardziej dziękujemy. Julita, która odbierała nagrodę, twierdzi także, że idealne było jej miejsce – w trzecim rzędzie, na wprost sceny i bez żadnych schodów. Ktoś naprawdę (lub przypadkiem) pomyślał, żeby ulokować ją tak, że przejście na scenę było dziecinnie proste i odszedł cały stres ze złażeniem z wysoko położonego rzędu oraz wdrapywaniem się na scenę. Po prostu… dziękujemy.

Znowu jest ich więcej, czyli co u naszych drukarek
Część z Was w formularzu dziwiła się, że posiadamy drukarkę żywiczną. Otóż, kochani, posiadamy dwie! O jednej (Kalinie) już pisaliśmy, a druga – Lidia – to nasz nowy nabytek, upolowany przez Dawida w bardzo dobrym stanie i w niewyobrażalnie okazyjnej cenie. Dlatego zdecydowaliśmy się kupić ją z prywatnych środków składkowych Zarządu. Co ciekawe, kilka dni wcześniej rozmawialiśmy, że miną wieki, zanim stać nas będzie na kolejną żywicówkę. Nadal jest to prawda – nie stać nas na nową, ale zdarzył się cud i mamy używaną w świetnym stanie. O ile Kalina będzie nadal działać w służbie dostępności, to Lidia, prócz pomocy Kalinie, będzie w stanie drukować zamawiane przez Was figurki i inne elementy. Pytaliście też często, z jakich żywic drukujemy: najczęściej wybieramy te od Amera Labs ze względu na ich precyzję, trwałość i wygląd.
Pytaliście też, dlaczego nie chwalimy się wydrukami SLA. To nie tak – nigdy nie kryliśmy, że drukujemy z żywicy. Musicie jednak wiedzieć, że żywica to dla nas ostateczność. Pozornie kłóci się ona z naszą misją tworzenia produktów dostępnych dla każdego posiadacza drukarki (przepraszamy właścicieli Enderów!).
Modele z żywicy są piękne: idealnie gładkie, precyzyjne i… drogie. Coś takiego jak tania i dobra żywica po prostu nie istnieje. Dodatkowo druk SLA jest trudniejszy niż FDM, więc nie ma mowy o prostym powieleniu modelu przez każdego. Oczywiście modele pod SLA będą powstawać i będziemy je udostępniać na licencji Open Source, bo FDM nie zawsze wystarcza. Jednak to FDM pozostaje naszym domyślnym wyborem.

Herbów też jest więcej
Na początek ciekawostka: mamy herb Poznania! Dla nas samych zaskoczeniem było, że czekaliśmy na to tak długo, ale wreszcie jest – piękny! Swoją drogą, wracając do druków SLA – wydrukowaliśmy herby także w tej technologii. Są małe, ale cudne (przynajmniej jeśli oglądający wie już, na co patrzy ;)).
Mała notka okołoświąteczna
Końcówka roku to czas, kiedy kurierzy rzucają… paczkami, a drukarki 3D marzą o urlopie. My im jednak nie odpuściliśmy. Z dumą meldujemy, że w tym gorącym okresie obsłużyliśmy aż 71 przedświątecznych zamówień i nikomu nie odmówiliśmy! Mamy nadzieję, że prezenty były trafione. 🙂
Kilka słów o całym roku
Czas na najtrudniejszy moment całego podsumowania. Bo jak w kilku słowach opisać cały rok? Ująć go w ramki, opisać, wyjaśnić…?
Przede wszystkim więc pracowaliśmy nad wygładzaniem chemicznym druków z PLA. I to było niesamowite doświadczenie. Dawid, Zosia, Magda, mnóstwo ich wiedzy, włożonego wysiłku I efekt, którego nikt się chyba nie spodziewał – te druki są cudowne, a PLA, zaskakująco odporny chemicznie, okazał się możliwy do wygładzenia.
Musimy też poruszyć temat trudny, ale ktoś musi to wreszcie powiedzieć głośno. W minionym roku wydarzeń stricte dostępnościowych, w których braliśmy udział, było zauważalnie mniej niż w poprzednich, a te największe stawiają bariery finansowe nie do przeskoczenia dla małych organizacji. To smutny paradoks: festiwale gier planszowych, a nawet tak duże, międzynarodowe wydarzenia jak największy europejski festiwal druku 3D (odbywający się w Anglii SMRRF) goszczą NGO za darmo lub za symboliczną opłatą. Tymczasem eventy teoretycznie dedykowane tematyce dostępności i przeciwdziałaniu wykluczeniu same najbardziej wykluczają, żądając kwot, które dla małego NGO są zaporowe.
To pokazuje, dlaczego mniejszym graczom – tym z pasją i innowacjami, ale bez korporacyjnego zaplecza – tak trudno działać na tym rynku. Dostępność nie może być tylko elementem komercji dla gigantów, którym obecność na targach zwróci się wielokrotnie. Dlatego tym bardziej dziękujemy wszystkim instytucjom i osobom, które wciąż próbują organizować wydarzenia otwarte na dialog, a nie tylko na budżety.
Odkryliśmy też nową niszę – eventy planszówkowe. Choć początkowo byliśmy sceptyczni („gdzie my na takich wydarzeniach?”), przeżyliśmy szok. Widzących naprawdę interesowało to, co robimy. Nasze szachy i „Niewidzialna Wyspa” goszczą już pod strzechami wielu domów, dla których mieszkańców byliśmy pierwszymi spotkanymi w życiu osobami niewidomymi. To była dla nas bardzo cenna lekcja i porządna dawka wiary, że to, co robimy, naprawdę ma sens, a dostępność naprawdę jest dla wszystkich, nie tylko dla niewidomych.
Rozbudowaliśmy flotę o Prusę XL, Core One oraz kolejne drukarki SLA i MK4S. Wypuściliśmy 8 modeli gier do sklepu, a znacznie więcej zaprojektowaliśmy. Odwiedzaliśmy szkoły, słuchaliśmy potrzeb niewidomych uczniów i staraliśmy się na nie odpowiadać. Spotykaliśmy się z urzędnikami, muzealnikami, rodzicami, psychologami i lekarzami.
Pracowaliśmy nad komunikacją w zespole, która nadal wiele pracy od nas wymaga, jak również nad upłynnieniem przepływu informacji i organizacją pracy. Musieliśmy poradzić sobie z faktem, że wielu z Was zdecydowało się zakończyć wsparcie finansowe dla nas, co wymusiło zwiększenie skali zleceń komercyjnych. Przechodziliśmy kryzysy, kłóciliśmy się, a potem znowu działaliśmy. Dawaliśmy sobie przestrzeń na ogarnięcie własnych spraw, a z drugiej strony nie spaliśmy po nocach, gdy taka była potrzeba. Skakaliśmy od euforii do strachu o jutro. Klęliśmy na biurokrację, by za chwilę uśmiechać się na myśl o miłym urzędniku lub naszej cudownej, niezastąpionej, anielsko cierpliwej Księgowej. Udało nam się napisać dużo fajnych artykułów i podsumowań oraz jedno co najwyżej przeciętne. Zmagaliśmy się z faktem, że w papierach i mentalności społecznej sumy cyfr są dużo większe, niż w rzeczywistości i że przez najbliższy rok musi nam jeszcze posłużyć stary sprzęt. Uodparnialiśmy się na hejt, przyjmowaliśmy do wiadomości krążące o nas fałszywe plotki i staraliśmy się przyjmować zdrową krytykę. Popełnialiśmy błędy i uczyliśmy się na nich. Albo nie, bo i tak czasem bywa. 😉 Czyli typowe życie NGOs-a, prawda? 🙂
Ale, przede wszystkim – nieustannie cieszyliśmy się Waszym zaufaniem. Jesteśmy autentycznie oczarowani tym, jaką pełną zaufania, poczucia humoru i rzeczowości społeczność budujemy wokół siebie. Bez Was Prowadnica dawno zakończyłaby swoją wędrówkę. Bardzo dziękujemy, że idziecie razem z nami!


